wtorek, 5 lipca 2016

13. It sounded like he wants to keep me close


Posiedziałem tam jeszcze kilka chwile. Chyba nawet sie zdrzemnąłem gdyż kilka chwil minęło zdecydowanie za szybko.
- Spać w opuszczonym domu, też mi pomysł – Drwiłem sam z siebie, wychodząc tą samą drogą którą sie tu dostałem.
Było wpół do 3 kiedy wchodziłem na swoje podwórko. Mama była w kuchni, widziałem ją  przez okno choć w szybie odbijało sie słońce.
Zanim wszedłem do domu, już wiedziała że idę. Gdy byłem w korytarzu,  od razu spytała „Co tak wcześnie?”
- Lekcje sie urwały – rzuciłem, przeciskając się obok niej do swojego pokoju.
Nie była zła czy coś. Uwierzyła.
Wróciła do obierania ziemniaków, jednak gdy zdejmowałem buty dobiegł mnie jej głos „A gdzie masz czapkę?”.
Milczałem chwilę, po tym czasie powiedziałem że zgubiłem.
 Nie byłem w nastroju do rozmów. Miałem zamiar zamknąć sie w pokoju, odciąć od wszystkiego i w spokoju odrobić lekcję. Nawet nie wiem czy pójdę jutro do szkoły, ale nic lepszego nie mam do roboty.
Zrobiłem tak. Zamykając drzwi, obudziłem jednak wszystkie przeklęte głosy w mojej głowie. Te same, które spychały mnie na dno w najgorszych chwilach.
Chodziłem chwilę po pokoju, zastanawiając się, co właściwie robić. W samotności, wszystko wydaje sie prostsze. Jednak, jakoś nie mogłem się pozbierać.
Ostatnie wydarzenia mnie blokowały. Psychicznie i  fizycznie.
Wszystkie mądrości życiowe, które miałem w głowie, w takich momentach przestawały być na cokolwiek przydatne. Byłem więźniem samego siebie.
Jednak, wszystko co mnie blokowało pochodziło ze świata zewnętrznego, skutecznie zmieniającmoje myślenie na moją niekorzyść.
Padłem po prostu na łóżko, które ugięło sie pod moim ciężarem. Ukryłem twarz w dłoniach i wtopiłem w poduszkę.
Szlochałem, nie mogąc się  kontrolować. Każdy ma swoje demony, ja właśnie je uwolniłem.
Dobrze, że mama była zajęta. Naprawde, nie chciałem jej obarczać swoimi problemamy. Ma swoje, i to do tego większe.
Zawsze, jak widziała że płacze pytała o co chodzi, próbowała pocieszyć. Jednak, ja czasem jej na to nie pozwlałem. Nie mówiłem jej prawdy albo co najgorsza, całkowicie ją olewałem.
Jestem kawałkiem drania, który nie radzi sobie sam ze sobą.
Powoli odganiałem napięcie od siebie. Rozluźniałem mięśnie, hamowałem  łzy których jeszcze nie wypłakałem. Moje poliki były wilgotne i napuchnięte. I było to uczucie które dobrze znam.
Pociągnąłem nosem, ostani raz. Uniosłem się na .lokciem i mimowolnie zerknąłem za okno.
Było widno, można jeszcze dzisiaj zrobić coś ciekawego...
Mogłem na przykład pójść do Norberta...
Kiedy nie masz co zrobić ze swoim życiem, poszukaj znaku który popchnie cię do przodu.
Tym znakiem było słońce które wyrywało mnie z mojej jaskini.
Szybko wyszedłem, przelotnie informując mamie gdzie spędzam wieczór.
- Tylko sie nie zasiedź. Lekcje jeszcze musisz odrobić! – Usłyszałem, otwierając furtkę.
- Nie musze, wiesz gdzie mam szkołe? – pomyślałem, znikając z podwórka.
Tak naprawde, jedna część mnie kazała udawać bohatera i iść jutro do szkoły a druga robiła ze mnie tchórza i bojaźliwego dupka.
Nie wiedziałem co zrobie. Czas na decyzję jeszcze przyjdzie.
5 minut potem, spostrzegłem Norberta na jego podwórku. Bawił sie piłką, robiąc żonglerkę.
- Ronaldo, nie popisuj się! – krzyknąłem z uśmiechem, by zwrócić jego uwagę.
Chłopak odwzajemnił uśmiech, ucieszony moją wizytą.
Przestał grać i zaprosił mnię do domu.
W małej, dosyć staroświecko urządzonej kuchni kręciłą się jego mama. Koleżanka moja i mojej siostry, znam tą dziewczynę od zawsze.
- Cześć – powiedziałem, widząc ją przy kuchence. Zapachniało obiadem gdy tylko przekroczyłem próg. Jakby schabowy się tam piekł...
- O, cześć – Krótko obcięta brunetką odwróciła się. Jak zawsze obdarowała mnie uśmiechem. Byłem mile widziany w ich domu.
- Już po pracy? – spytałem.
- Tak, widać. Jeszcze po małą musze do szkoły pojechać, ale to zaraz... Zjesz?
- Tak, poproszę – Zgodziłem się, zajmując jeden ze stołków przy stole. Drugi zajął Norbert, uprzednio wyjmując dwa talerze.
Dziewczyna nałożyła nam po kotlecie i kilka młodych ziemniaków. Do tego surówka i kompot z truskawek.
- To ja jade, wy sobie poradzicie? – Zapytała, jednak bardziej stwierdzając. Były sytuacje że gdy zostawiałą nas samych, musiała potem krzyczeć na Norberta. Że mnie nie upilnował, albo ja jego. Bałagan to mało powiedziane, co tu zastawała.
- Tak, damy rade – Zabrałem głos, będac starszym. I pozornie bardziej ogarniętym.
Gdy wyszła, zamierzałem w końcu się przed kimś wygadać. Potrzebowałem wsparcia, a ten dzieciak tutaj to mój jedyny przyjaciel.
- Wiesz jaki miałem dzisiaj dzień? – powieziałem a mój ton głosu sugerował że tonie będzie fajna historia.
- Jaki? – spytał chłopiec.
- Ci debile znowu mnie pobili. A ten kretyn Szymon, jakby mnie szantażował. Ogólnie... masakra – Zakończyłem zdanie uśmieszkiem, by sytuacja nie była aż tak poważna.
- O co szantażował? – dopytywał między kęsami jedzenia.
Ja grzebałem w talerzu, nie wiedząc dokładnie czy chce mi sie jeść.
- Nie wiem... Zabrzmiało to tak jakby chciał mnie zatrzymać przy sobie. Że mnie lubi, ale w jakiś sposób którego nie rozumiem... – Zastanawiałem się, zachodząc coraz głębiej w swoją głowę. Nie rozumiałem zachowania ani intencji tego człowieka.
Najchętniej, wymazałbym z pamięci kilka ostatnich dni. Nie chce tego dziwnego gościa w moim życiu. Ale... zazdroszczę mu tej umiejętności manipulowania ludźmi.
- Pogadaj z nim po prostu.
- Nie moge, nie wiem czy wogóle pójde jutro do szkoły.
- Weź, Edyta... Głupoty pierdzielisz – Po tych słowach nastała cisza. On jadł, ja dopiero zaczynałem. Doszedłem do wniosku że jedzenie nie może sie zmarnować.
Tak, pierdziele. Ale to życie mnie do tego zmusza.
Gdy wymęczyłem obiad, zaczęliśmy się zastanawiać co robić. Była 16, dzień jeszcze młody.
- Rowery? – zaproponował.
- Dawaj – powiedziałem. Opuściliśmy dom i skierowaliśmy sę do garażu.
Norbert wziął swojego bmxa.
Wskoczyłem na pegi. Jednak, śmiać mi się chciało bo czułem że jestem dla niego ciężarem a jednak nie każe mi zejść.
Wiózł mnie nierówno, zatrzymując sie miejscami. Wyjechaliśmy z podwórka. Zmierzaliśmy do ulicy, na przystanek.
Był pusty. Metalowa buda stała opustoszała i zdezelowana, jak zawsze. Niebieska farba odpryskuje w wielu miejscach, ale ten przystanek jest wiekowy. Jeszcze Anka tutaj przychodziłą ze znajomymi w czasach liceum.
Norbert oparł rower i usiadł na ławce. Ja usadowiłem się obok niego.
Zaczął mi opowiadać, na jak głupi pomysł wpadł ostatnio jego kumpel.Słuchałem historii o odpalaniu petard na środku szkolnego korytarza, jednak niezainteresowany.
- Nie wpadłbym na coś takiego – Rzuciłem od niechcenia, skupiając wzrok na ulicy.
Niebieska Corsa, właśnie wjeżdżała w naszą drogę.
- Idziesz? – spytał kumpel. Znał samochód mojej siostry.
- Chyba tak... – mruknąłem, wstając.
- To tam nie daj sie im. Nieważne co ci zrobią, odpłać tym samym – powiedział, z śmiechem dodając mi otuchy.

Zaśmiałem się, znikając w leśnej drodze.

Cześć. Przepraszam za chwilową nieobecność, jednak wracam z rozdziałem. Mam nadzieje że jeszcze o mnie pamiętacie xD
Opowiadajcie jak tam wakacje. Moje są spoko, chociaż wakacjami bym tego nie nazwał. Od dawna siedze w domu :)
Jeśli chcecie być informowani o każdym nowym rozdziale, zostawcie namiary w zakładce Informowani.
5 kom - next

3 komentarze:

  1. Twoja opowieść dokładnie opisuje zachowanie dzisiejszej młodzieży

    OdpowiedzUsuń
  2. Wakacje. No nie wiem czy można to nazwać wakacjami. Nie mam nic do roboty. Czytam książki,pracuje albo narzekam na pogodę. Chociaż mi ona nie przeszkadza. Taka dziwna ze mnie osoba. :) W sumie dobrze mijają mi wakacje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeżeli to co tu napisałeś(będę się do ciebie tak zwracać jeśli pozwolisz) jest prawdziwe, to mam ochotę cię przytulić. Doskonale znam podobne zachowania młodzieży w gimnazjum. To chore jak małolaty chcą się popisać przed kolegami, nie zdając sobie sprawy z tego jak ranią innych.
    Czekam z niecierpliwieniem na twoje kolejne opowieści, chciałabym cie poznać XD.

    Co do wakacji, próbowałam znaleźć pracę, ale nie wyszło, wiec zaczęłam pisać opowiadanie (zapraszam do czytania).

    OdpowiedzUsuń